Nienawidzę tego miejsca i mam nadzieję, że nie będę musiała tutaj wracać. Nie czułam się tutaj dobrze - mówi Justyna Kowalczyk w rozmowie z Przemysławem Franczakiem, w Whistler.
Za jednym zamachem przeskoczyła Pani Małysza i Fortunę. Jak...
Ja proszę pana biegam, nie skaczę. Mogłam więc ich co najwyżej wyprzedzić lub wyminąć. (śmiech)
W porządku. Wyprzedziła więc ich Pani obu. Jak jest tam na szczycie klasyfikacji najbardziej utytułowanych polskich sportowców w historii zimowych igrzysk?
Szczerze mówiąc, to nie zastanawiam nad klasyfikacjami. Jestem zadowolona, że mam złoto olimpijskie, ale nic poza tym. Już od kilku lat słyszę, że zapisałam się w kronikach. Mam jednak wrażenie, że my sportowcy inaczej na to wszystko patrzymy. Takie podsumowania być może będą miały dla mnie kiedyś znaczenie, ale najwcześniej za dziesięć lat.
Dociera jednak do Pani, czego właśnie dokonała?
Tak, choć nie myślałam, że zdobędę na tych igrzyskach złoto. Naprawdę, proszę mi wierzyć. To nie jest asekuracja, kokieteria. Obiecałam trenerowi zwycięstwo za cztery lata w Soczi i tego planu się trzymałam. Tutaj chciałam po prostu biegać jak najlepiej potrafię. I strasznie cieszę się z tego, że wygrałam, że ten najcenniejszy medal przyszedł już teraz. Cieszę się tym bardziej, bo jestem jedynym sportowcem, który ma na koncie Puchar Świata, mistrzostwo świata, wygraną w Tour de Ski i złoto olimpijskie. Nikt nie osiągnął w biegach tyle, co ja. To jest dla mnie naprawdę coś niesamowitego.
Jaka była pierwsza myśl po minięciu linii mety?
Że jestem bardzo zmęczona.
Przed biegiem wspominała Pani o tym, że bieg na 30 kilometrów musi boleć. Bardzo bolało?
Tak. Pierwsze dziesięć kilometrów było nawet fajne. Na półmetku zaczęło się zmęczenie, a potem był już ból.
Finisz miała Pani jednak piorunujący.
Każdy na moim miejscu by tak biegł i walczył. My nie jesteśmy dziećmi i doskonale wiemy, co mamy robić, jak pobiec. Zdarza się, że czasem człowiek jest zbyt zmęczony, aby szarpnąć jeszcze mocniej. Na końcowych metrach byłam już bardzo zmęczona, ale Bjoergen okazała się być zmęczona o trzy dziesiąte sekundy bardziej.
Spodziewała się Pani, ze w biegu na tak długim dystansie o zwycięstwie będzie decydować tak mała różnica?
Zdarzały się już takie biegi. Przecież w Turynie złoto olimpijskie przegrałam na finiszu o 1,2 sekundy.
To nie jest jakiś ewenement.
W dramatycznym finale walczyła Pani ramię w ramię z Marit Bjoergen, której uczciwość wcześniej poddała Pani w wątpliwość. Nie żałuje Pani, że rozpoczęła aferę z jej astmą?
Przeprosiłam ją za to. To nie był dobry moment na rozpętanie tej burzy. Powiedziałam jej, że to był mój błąd. Ja do niej nic nie mam, ona przecież była, jest moją idolką sportową i nic się nie zmienia. Jednak dalej uważam, że problemem astmy u biegaczek i biegaczy trzeba się zająć. To jednak nie jest miejsce i moment, by o tym rozmawiać.
Przed chwilą odebrała Pani złoty medal, wysłuchała ''Mazurka Dąbrowskiego''. Łza się zakręciła w oku?
Nie, nie. Oczy mam przeszklone, bo jestem zmęczona. Daleko mi było do płaczu. U mnie w takich chwilach jest wielka radość, ale łez nie ma.
Medal założyła Pani na szyję Irena Szewińska.
O, to była dla mnie duża sprawa. Jeszcze zanim wyszłyśmy na scenę pani Irena poprosiła mnie o kilka autografów. Nogi się pode mną ugięły. Taka legenda, autorytet chce ode mnie autograf, a potem daje mi złoty medal. Nie, to stanowczo zbyt dużo przeżyć jak na jeden dzień.
Z tym złotym medalem będzie się biegać łatwiej czy trudniej?
Chyba nie będzie miał on większego znaczenia dla mojej kariery. Choć fakt faktem, teraz mam już wszystko, co chciałam w biegach osiągnąć. Trenować będę jednak dalej i zobaczymy, co z tego dalej wyjdzie.
Skoro wszystko Pani ma, to z motywacją nie będzie problemów?
Nie sądzę. Mam taki charakter, że jeżeli trzeba ciężko trenować, to trenuję. Tylko, żeby zdrowie dopisywało.
Czyli byle do Soczi?
To tylko i aż za cztery lata. Wtedy będę w najlepszym wieku dla sportowca, powinnam osiągnąć szczyt swoich możliwości. Jedno mogę obiecać: na pewno będę tam walczyć.
Narzekała Pani na trasy w Whistler, ale chyba wywiezie stąd dobre wspomnienia?
Raczej nie. Nienawidzę tego miejsca i mam nadzieję, że nie będę musiała tutaj wracać. Nie czułam się tutaj dobrze. Nie tylko trasy mi przeszkadzały, ale to całe zamieszanie wokół mojej osoby też. Wyjeżdżam stąd z mieszanymi uczuciami, bo przecież jeśli chodzi o aspekt sportowy to nie było źle.
Zainteresowanie Pani osobą się jednak teraz nie zmniejszy. Będzie wręcz odwrotnie. Jest Pani na to gotowa?
Jestem gotowa, by chronić swojej prywatności. Po mistrzostwach swiata w Libercu zamieniono mi życie w piekło, ale jakoś się przed tym broniłam. Mam nadzieję, że teraz też się uda.
W poniedziałek rano wyląduje Pani na warszawskim Okęciu. Czego się Pani spodziewa po otwarciu drzwi hali przylotów?
Rodziców, którzy zabiorą mnie do samochodu i zawiozą do domu.
Na Pani miejscu spodziewałbym się raczej tłumu kibiców.
Zobaczymy. Potrafię być asertywna w rozmaitych sytuacjach.
Zdaje sobie Pani jednak sprawę, ile wzruszeń, emocji dostarczyła tym biegiem kibicom?
Cieszę się, jeśli tak było. Po to się jest sportowcem, bo to się biega na nartach, żeby dawać ludziom satysfakcję, choć dla własnych korzyści również (śmiech). Sport jednak ma to do siebie, że kibice albo się radują, albo mieszają z błotem. Różnie to bywa. Ale pewnie w sobotę niektórzy mieli niezłą imprezę w domu. Też bym tak chciała.
Sobota była w ogóle dobrym dniem dla polskich sportsmenek. Panczenistki zdobyły brąz.
Rewelacja. Wielkie gratulacje dla dziewczyn. Dobrze się spisałyśmy, nie ma co. Na letnich igrzyskach kobiety też zwykle zdobywają więcej medali dla Polski.
Piotr Nurowski, prezes PKOl zastanawia się teraz w żartach skąd weźmie pieniądze na te wszystkie premie za medale.
Nie wiem, może niech prezes weźmie kredyt. (śmiech)












