Szaleństwo. Tylko to jedno słowo przychodziło mi do głowy, gdy obserwowałem w centrum Vancouver Kanadyjczyków fetujących złoty medal swoich hokeistów. Świętowanie to zresztą bardzo mnie wciągnęło.
I to dosłownie. W pewnym momencie zostałem zassany przez kolorowy tłum, a stamtąd już nie było ucieczki. Płynąłem tak z prądem wrzeszczących, gwiżdżących, śpiewających ludzi, wśród których nie brakowało ani matek z dziećmi, ani zwariowanych przebierańców.
Sunąłem tak powoli w tłoku, przybijałem tu i ówdzie piątki i rozmyślałem nad psychologią tłumu. Nie zdążyłem jednak dojść do żadnych wniosków, bo znalazłem się na środku skrzyżowania, na którym każdy chciał iść w inną stronę. Zaczęliśmy się wszyscy, a były nas tysiące, nawzajem zgniatać.
Jednym się to podobało bardziej, innym mniej. Nie widząc znikąd ratunku, zdążyłem przekląć w myślach igrzyska, hokej i Kanadyjczyków. Po kwadransie niebywałej męki zostałem wepchnięty wraz z falą ludzi do sklepu z bielizną, co jak sądzę uratowało mi życie. Wymknąłem się drugim wyjściem ze szczerym zamiarem napisania, że w Vancouver było do bani.
Jednak kiedy wieczorem na ceremonii zamknięcia siedziałem - tak jak 60 tysięcy innych widzów - z rogami łosia na głowie, zmieniłem zdanie. To był jednak fajne igrzyska.
Przemek Franczak/Polska The Times












